School Days
Kiedy myślisz o jazzie po 1945 roku, widzisz pewnie dymne kluby, garnitury i kontrabasistów stojących gdzieś z tyłu sceny, skromnie pilnujących rytmu. A potem wchodzi rok 1976, na scenę wpada 25-letni chłopak z Filadelfii i postanawia, że gitara basowa będzie od teraz instrumentem prowadzącym. Tym chłopakiem był Stanley Clarke, a albumem, który zmienił układ sił w fusion – School Days.
Zanim Stanley wydał ten krążek, miał już na koncie potężne sukcesy z Return to Forever u boku Chicka Corei. Jednak to na autorskich płytach mógł w pełni uwolnić swoje alter ego. School Days to manifest. Clarke udowodnił tutaj, że bas potrafi śpiewać, krzyczeć i prowadzić melodię z taką samą drapieżnością jak gitara elektryczna czy saksofon.
Jego technika (zarówno palcowa, jak i potężny, perkusyjny slap) zdefiniowała brzmienie całej generacji muzyków. Słuchając tego albumu, ma się wrażenie, że jego Alembic (legendarna marka basów, z którą jest kojarzony) zaraz staną w płomieniach.
A co tu rezonuje najlepiej?
- „School Days” – Tego riffu nie da się pomylić z niczym innym. Charakterystyczne flażolety na początku i ten pulsujący, motoryczny rytm. To szkoła funk-rockowego grania w pigułce. Jeśli kiedykolwiek uczyłeś się grać na basie, ten numer na pewno śnił Ci się po nocach.
- „Quiet Afternoon” – Cudowny, bardziej stonowany moment płyty z piękną, wręcz liryczną linią melodyczną. Pokazuje drugą twarz Clarke’a – kompozytora, który potrafi stworzyć przestrzeń i klimat, nie tylko techniczny ogień.
- „The Desert Song” – Smaczek dla fanów akustycznego brzmienia. Stanley sięga tu po kontrabas, a towarzyszy mu sam John McLaughlin na gitarze akustycznej. Dialog tej dwójki to czysta poezja i dowód na to, że fusion nie potrzebuje prądu, by mieć gigantyczną energię.
- „Life Is Just a Game” – Epicki finał, gdzie za perkusją siada potężny Billy Cobham, a gościnnie na wokalu pojawia się Icarus Johnson. Totalne szaleństwo sekcji rytmicznej.
Ten album broni się nie tylko nazwiskiem lidera. Clarke zaprosił do studia absolutną elitę tamtych lat. Oprócz McLaughlina i Cobhama, na płycie usłyszymy m.in. Davida Sanciousa (klawisze), Raymonda Gomeza (genialne, rockowe partie gitary solowej w utworze tytułowym) czy George’a Duke’a.
