Jean-Luc Ponty
Trudno wyobrazić sobie gwałtowniejszy zwrot w historii instrumentu niż ten, którego dokonał Jean-Luc Ponty. Francuski skrzypek, wychowany w rygorze muzyki klasycznej, w latach 60. postanowił porzucić pewną posadę w orkiestrze symfonicznej dla niepewnego losu jazzmana. Co więcej, wziął instrument tradycyjnie kojarzony z elegancją filharmonii i bezkompromisowo podłączył go do prądu, na zawsze zmieniając oblicze jazz-rocka i fuzji.
Ponty nie był pierwszym skrzypkiem w jazzie – przed nim byli choćby Stephane Grappelli czy Stuff Smith – ale jako pierwszy potraktował skrzypce jak instrument nowoczesny, zdolny konkurować głośnością i drapieżnością z saksofonem czy gitarą elektryczną. Kluczem do jego brzmienia stało się zastosowanie efektów elektronicznych: wah-wah, distortion, opóźnień (delay) oraz rewolucyjnych wówczas syntezatorów instrumentów smyczkowych.
Jego styl gry charakteryzuje się niezwykłą, wręcz nieskazitelną techniką klasyczną, którą połączył z bopową melodyką i rockową energią. Prawa ręka realizuje niezwykle precyzyjne, szybkie pociągnięcia smyczka, tworząc gęste, ale idealnie czytelne faktury. Z kolei w sferze kompozycji Ponty dał się poznać jako mistrz budowania przestrzennych, wręcz kosmicznych nastrojów, opartych na powtarzalnych, pulsujących motywach (tzw. ostinato).
Jego geniusz szybko dostrzeżono za oceanem. Kluczowym momentem w karierze Francuza była przeprowadzka do Stanów Zjednoczonych i współpraca z dwoma tytanami: Frankiem Zappą (legendarny album „King Kong”) oraz Johnem McLaughlinem w ramach drugiej odsłony formacji Mahavishnu Orchestra. To tam ugruntował swoją pozycję jako król elektrycznych skrzypiec. Dla mnie jednak absolutnym szczytem jego solowej twórczości pozostaje połowa lat 70. i albumy „Aurora” oraz „Imaginary Voyage” – to podręcznikowe przykłady tego, jak genialnie można połączyć jazzową improwizację z progresywnym rockiem.
W późniejszych latach Ponty chętnie flirtował z world music, nagrywając m.in. w Afryce Zachodniej. Choć dziś jazz-rock z lat 70. bywa czasem krytykowany za przerost formy nad treścią, to brzmienie skrzypiec Ponty’ego broni się samo – jest czyste, szlachetne i natychmiast rozpoznawalne.
