Keith Jarrett
Są pianiści, którzy traktują fortepian jak narzędzie precyzyjne – siadają wyprostowani, z nienaganną dyscypliną techniczną, oddając hołd nutom zapisanym na papierze. I jest Keith Jarrett, dla którego fortepian nigdy nie był meblem ani instrumentem z zewnątrz. Ktokolwiek choć raz widział jego nagranie z solowego koncertu, ten wie, że obcowanie z jego muzyką to doświadczenie czysto fizyczne.
Styl bycia Jarretta na scenie przez dekady budził skrajne emocje – od bezgranicznego zachwytu po irytację krytyków. Keith nie siedzi przy instrumencie; on nad nim lewituje, wije się, kuca na stołku, wstaje w kulminacyjnych momentach frazy i niemal uderza czołem w klawisze. Do tego dochodzi jego bezkompromisowa wokalizacja. Te gardłowe pomruki, jęki i ekstatyczne zaśpiewy nie są pozą sceniczną. Dla Jarretta to mimowolny efekt uboczny stanu głębokiego transu, a ciało próbuje wyartykułować melodię każdym dostępnym kanałem.
Jego Twórczość wymyka się prostym klasyfikacjom gatunkowym. Choć wyrósł z tradycji jazzowej, jego język muzyczny to unikalna synteza post-bopu, europejskiej polifonii, amerykańskiego folku, gospel oraz muzyki współczesnej.
W wielu odsłonach Jarretta najbardziej podoba mi się jego Standard Trio. W 1983 roku, wraz z kontrabasistą Garym Peacockiem i perkusistą Jackiem DeJohnette’em, powołał formację, która na kolejne trzy dekady zdominowała scenę akustycznego jazzu. Ich celem nie było reinterpretowanie Great American Songbook w tradycyjny sposób, lecz dekonstrukcja znanych standardów – traktowanie melodii Cole’a Portera czy Richarda Rodgersa jako punktu wyjścia do absolutnie wolnej, telepatycznej interakcji wewnątrz tria.
