Herbie Hancock
Jeśli miałbym wskazać jednego muzyka, który w pojedynkę zdefiniował pojęcie stylistycznej elastyczności w jazzie, byłby to Herbie Hancock. Fortepianowe cudowne dziecko, pionier syntezatorów, ikona popkultury. Hancock to artysta, który nigdy nie oglądał się za siebie. Gdy ortodoksyjni krytycy próbowali go zaszufladkować, on po prostu zmieniał reguły gry.
I tak oto chłopak z Chicago stał się największym kameleonem w historii muzyki improwizowanej.
Zaczęło się od klasyki. Wytwórnia Blue Note szybko poznała się na jego talencie, czego dowodem były genialne solowe albumy jak Takin’ Off (z ikonicznym „Watermelon Man”) czy oniryczny Maiden Voyage. Hancock pokazał tam niesamowite wyczucie harmonii i rytmu.
Prawdziwa rewolucja przyszła jednak, gdy w 1963 roku zadzwonił Miles Davis. Herbie stał się filarem Drugiego Wielkiego Kwintetu (obok Wayne’a Shortera, Rona Cartera i Tony’ego Williamsa). Ta sekcja rytmiczna potrafiła rozciągać strukturę utworów do granic możliwości. Hancock wprowadził tam coś, co sam Miles nazywał „kontrolowaną wolnością” – potrafił grać wokół solisty, nie narzucając mu sztywnych ram akordowych.
Kiedy pod koniec dekady jazz zaczął flirtować z prądem, Hancock nie tylko wsiadł do tego pociągu, ale zaczął nim kierować. Po odejściu od Milesa założył sekstet znany jako Mwandishi.
To był czas totalnego eksperymentu. Akustyczny fortepian ustąpił miejsca Fender Rhodesowi, spiętemu z efektami echo i wah-wah. Albumy takie jak Mwandishi czy Crossings to kosmiczny, afrofuturystyczny jazz-rock, pełen polirytmii, elektroniki i kolektywnej improwizacji. Dla wielu było to zbyt trudne, dla Herbiego – wciąż zbyt mało rytmiczne.
W 1973 roku Hancock zszedł z kosmosu prosto na ziemię, a dokładniej – na taneczny parkiet. Zmęczony skomplikowanymi strukturami Mwandishi, zapragnął czegoś z mocnym, tłustym groove’em. Założył formację The Headhunters.
Zamieniając skomplikowane jazzowe harmonie na powtarzalne, funkowe riffy basowe i potężną sekcję rytmiczną, stworzył album Headhunters. Utwór „Chameleon” stał się hymnem ery fusion. Herbie otoczył się syntezatorami (ARP Odyssey, Clavinet), udowadniając, że elektronika może brzmieć organicznie i mieć niesamowity soul. Płyta sprzedawała się w milionach egzemplarzy, na zawsze zacierając granicę między jazzem a muzyką popularną.
Wydawałoby się, że po funkowej rewolucji trudno pójść dalej. W latach 80. Hancock udowodnił jednak, że jego radar na nowości wciąż działa bezbłędnie. Zauważył rodzącą się kulturę hip-hopową i wspólnie z producentem Billem Laswellem nagrał album Future Shock.
Singiel „Rockit” z 1983 roku to był szok kulturowy. Połączenie syntetycznego electro-funku z techniką scratchowania (za którą odpowiadał GrandMixer D.ST) zrewolucjonizowało scenę. Teledysk z tańczącymi robotami podbił MTV, a Hancock stał się pierwszym jazzmanem, który trafił do masowej wyobraźni pokolenia breakdance’u.
Co najważniejsze, w tym całym szaleństwie zmian Herbie nigdy nie stracił tożsamości. Potrafił w tym samym czasie nagrywać surowy, scratchingowy album i koncertować z akustycznym projektem V.S.O.P., wracając do korzeni bopu. W latach 90. i dwutysięcznych potrafił łączyć siły z artystami popowymi, hip-hopowymi (jak Q-Tip), a jego album River: The Joni Letters zdobył nagrodę Grammy za Album Roku w 2008 roku – jako zaledwie druga jazzowa płyta w historii.
Herbie Hancock uczy nas, że jazz to nie zestaw sztywnych reguł spisanych w podręcznikach. Jazz to stan umysłu, ciekawość świata i odwaga, by bez przerwy ryzykować.
